Ślazyk: Europa będzie się borykać z pandemią do 2024 r., jak prognozuje jeden z chińskich epidemiologów (wywiad)

Jeden z chińskich epidemiologów doktor Zhong Nanshan już w 2020 r. prognozował, że Europa będzie się borykać z pandemią do 2024 r. – powiedział PAP Leszek Ślazyk. – Wtedy sądziłem, że to bzdura, ale dziś widzę, że robimy wszystko, by ta prognoza się spełniła.

Leszek Ślazyk jest założycielem Instytutu Badań Chin Współczesnych, biznesmenem i autorem książki „Chiny według Leszka Ślazyka”. Od ponad 25 lat utrzymuje stałe kontakty z Państwem Środka, w tym również biznesowe. Twierdzi, że Chiny są zupełnie inne, niż często głoszą eksperci zajmujący się tym krajem. Chociażby znakomicie radzą sobie z pandemią COVID-19.

PAP: Na całym świecie, szczególnie w Europie i USA, rozprzestrzenia się nowy wariant Omikron, tymczasem w Chinach wykrywane są zaledwie pojedyncze przypadki. W Chinach, podobnie jak w Azji Południowowschodniej, epidemii nie ma w tej skali, jaką znamy z własnego podwórka.

Leszek Ślazyk: Bo to inny świat. Tam od dawna ściśle przestrzegane są podstawowe zasady, takie jak noszenie maseczek, dezynfekcja rąk czy zachowanie dystansu. W 2002 r., kiedy wybuchła epidemia SARS, w Polsce w szpitalu czy w jakimkolwiek miejscu publicznym musieliśmy zakładać maseczki, myć ręce, buty wycieraliśmy w specjalne maty i używaliśmy rękawiczek. I – co bardzo ważne – nikt nie dyskutował, po co to wszystko. SARS już wtedy potraktowano bardzo poważnie w Chinach, podobnie jak w całej Azji. Wszędzie w środkach transportu, na lotniskach, dworcach kolejowych i autobusowych, podczas przechodzenia przez specjalne bramki, mierzono temperaturę, sprawdzano wyrywkowo stan zdrowia.

PAP: Podobne zasady wprowadzono wraz z wybuchem pandemii COVID-19. Tamte doświadczenia okazały się bardzo przydatne. W Polsce na początku pandemii nawet nie wszyscy eksperci byli przekonani, czy maseczki są skuteczne w zapobieganiu zakażeniom.

L.Ś.: Trzeba przyznać, że w Chinach przepisy przeciwepidemiczne, jakie wprowadzono w 2002 r. – stały się martwe w 2019 r., wraz wybuchem pandemii Sars-cov-2 w Wuhan. Były jednak żywe w innych krajach Azji, w Japonii, Korei Południowej, na Tajwanie i w Wietnamie. Pierwsze sygnały z Wuhan potraktowano jak ostrzeżenie, wszędzie szybko wdrożono te same procedury, które obowiązywały w 2002 r., czyli noszenie maseczek, higiena rąk, wycieranie obuwia oraz zachowanie dystansu. I znowu – nikt o tym nie dyskutował.

PAP: Mało kto już pamięta, że w Polsce mieliśmy podobne doświadczenia, z epidemią ospy w 1963 r. we Wrocławiu. Wtedy też był nakaz używania maseczek i wprowadzono powszechne szczepienia przeciwko ospie, w całym kraju.

L.Ś.: No właśnie, zamknięto miasto, wszystkich mieszkańców poddano kwarantannie i uporano się z bardzo niebezpieczną chorobą zakaźną. A było ogromne zagrożenie dla całego społeczeństwa.

PAP: Innego wyjścia nie było i wtedy wszyscy nasi rodacy to rozumieli.

L.Ś.: W walce z epidemią tak na prawdę od czasów średniowiecza nie wymyślono lepszych metod na choroby zakaźne, jak kwarantanna i izolacja, higiena i zasłanianie nosa i ust.

PAP: Wróćmy do Azji. Mówiliśmy, że nikt tam o tym nie dyskutuje, a przestrzeganie tych zasad jest oczywiste.

L.Ś.: Zdarzały się incydenty, no może nawet mała dywersja, jaka miała miejsce w Korei Południowej. Jedna z tamtejszych grup wyznaniowych, prowadzących działalność misyjną w Wuhan w Chinach ukryła, że tam jeździ, co doprowadziło do zawleczenia SARS-CoV-2 do Korei Płd. Inny przykład to Tajwan, który na pewien zawiesił zaostrzoną politykę antywirusową, doświadczył drugiej fali, gwałtownego wzrostu zakażeń. Natychmiast jednak przywrócono wszystkie zasady.

PAP: Jak to wygląda w Chinach? Choć od dwóch lat przebywa Pan w kraju, to ma Pan cały czas kontakt z Państwem Środka.

L.Ś.: Wszędzie w miejscach publicznych wymogiem jest noszenie maseczki, wymagany bezwzględnie jest paszport covidowy. Na lotniskach i dworcach mierzy się temperaturę, co w Polsce prawie zaniknęło.

PAP: Mierzy się w szpitalach, choć nie we wszystkich.

L.Ś.: A czy ktoś sprawdza u nas, kto przebywa w domu na kwarantannie po uzyskaniu pozytywnego wyniku testu i nie chodzi np. na zakupy? Powiem inaczej: nikt u nas nie dba o to, żeby te osoby nie musiały wychodzić z domu. W Chinach jak sąsiedzi dowiadywali się, że obok jest chory na COVID-19, to organizowali mu zakupy, żeby nie wychodził na zewnątrz. Dobrze też funkcjonują usługi online, zakupy za pośrednictwem Internetu.

PAP: Nic się pod tym względem nie zmieniło?

L.Śl.: Nie, nic. Władze lokalne w każdej chwili są w stanie nawet w dużych miastach przeprowadzić masowe akcje testowania dużych grup ludności, liczonych w milionach. Cały czas prowadzone są działania przecinające drogi transmisji wirusa, śledzona jest siatka kontaktów osoby zakażonej. Dzięki temu nie trzeba zamykać całego miasta, a jedynie dzielnicę lub osiedle, na ogół na kilka dni.

PAP: Jak to ludzie wytrzymują psychicznie?

L.Ś.: Chińczycy są już tym wszystkim zmęczeni. W znacznym stopniu wynika to z niepewności, wielu spraw nie można do końca planować, nie wiadomo, co się nagle wydarzy. W każdej chwili ktoś w otoczeniu może okazać się nosicielem wirusa i znowu wprowadzone zostaną obostrzenia. To zakłóca codzienne życie Chińczyków, jak i działalność firm.

PAP: Chińczycy to wytrzymują, bo wszystko trzymane jest silną ręką?

L.Ś.: To fałszywa przekonanie, że w Chinach wszystko trzymane jest silną ręką. Polacy, bardziej nawet niż Skandynawowie czy Niemcy, nie rozumieją, że pewne reguły ustanawia się po to, żeby można było żyć w spokoju i uporządkowaniu. Azja Południowo-Wschodnia to inna i starsza od naszej kultura, oparta na regułach konfuncjańskich; przypomnę, że Konfucjusz żył 500 lat przed Chrystusem. Panuje w niej silny hierarchiczny system wartości, w którym państwo jest ponad jednostką. Ale dla Azjatów jest to oczywiste. To jedynie nam się wydaje, że Chińczykom, Koreańczykom czy Singapurczykom taki system doskwiera. Elementem kultury konfucjańskiej jest harmonia, co my nazywamy spokojem i przewidywalnością. I oni cenią to sobie bardziej niż indywidualizm. Są też bardziej skłonni do kompromisów, by nie doświadczać tego czego sobie nie życzą. Dlatego na przykład obowiązkowe noszenie maseczek nie jest dla nich problemem.

PAP: Podczas mojego pobytu w Japonii, jeszcze przed wybuchem pandemii, pytałem Japończyków, czemu noszą maseczki w miejscach publicznych, na przykład w metrze. Jakie było moje zdziwienie, gdy usłyszałem, że w ten sposób chcą chronić innych.

L.Ś.: Tak jest w Japonii, ale również w Korei Południowej czy Chinach. Jak ktoś czuje się źle, ale na tyle dobrze, że nie musi leżeć w domu, ale kicha i kaszle, to zakłada maseczkę. Nie po to, by chronić siebie przed zakażeniem, lecz innych, na wszelki wypadek zakłada maseczkę. To jest tak oczywiste dla Azjatów, jak dla nas to, że człowiek potrzebuje tlenu, wody i pożywienia, żeby przeżyć.

PAP: U nas ciągle trwają na ten temat dyskusje, a policja musi wymierzać mandaty tym, którzy w supermarkecie nie mają maseczki.

L.Ś.: Najgorsze jest to, że żyjemy w czasach, w których wiedza przegrywa z opinią, szczególnie w mediach społecznościowych. To mnie bardzo boli. Że wirusolog z 40-letnim doświadczeniem zalecający kwarantannę, noszenie maseczki i mycie rąk, przegrywa z kimś, kto jest na przykład inżynierem z wykształcenia, odkrył w sobie tę moc, by w pojedynkę obalić wyniki badań tysięcy naukowców, badających dany problem przez dziesiątki lat i na wszystko poleca witaminę C, najlepiej lewoskrętną. I ma miliony wyznawców.

PAP: Wirusolodzy zalecają też szczepienia, które przez część osób są lekceważone lub wręcz kontestowane. Chińczycy – według najnowszych danych – zaszczepili ponad 80 proc. populacji, liczącej 1,4 mld ludności.

L.Ś.: Odwieczne metody, czyli kwarantanna, zasłanianie twarzy i mycie rąk pozwalają nawet skuteczniej radzić sobie z zakażeniami niż szczepionki. Przerywają bowiem transmisję wirusa, a tego szczepienia nie czynią. Szczepienia chronią przede wszystkim przed ciężkim przebiegiem choroby. Na skuteczność maseczek i ich przewagi nad szczepieniami zwrócili ostatnio uwagę amerykańscy epidemiolodzy. Co oczywiście wywołało kolejna falę dyskusji.

PAP: Jak na rozwijającą się pandemię w Europie i USA, w krajach cywilizacji zachodniej, patrzą Chińczycy? Z przerażeniem?

L.Ś.: Powszechnie znany w Chinach epidemiolog doktor Zhong Nanshan już w 2020 r. prognozował, że Europa będzie się borykać z pandemią do 2024 r. Wtedy sądziłem, że to bzdura, ale dziś widzę, że robimy wszystko, by ta prognoza się spełniła.

PAP: Pandemia zmienia wyobrażenia o zachodniej cywilizacji?

L.Ś.: Moim zdaniem już utraciliśmy mityczny walor lepszego zakątka świata. Zachód w oczach przeciętnego Chińczyka już nie jest lepszy, i to w żadnym wymiarze.

W Chinach od początku wybuchu pandemii w Wuhan obowiązuje zasada: zero tolerancji dla wirusa. Nawet pojedynczy przypadek powoduje wdrożenie wszystkich procedur, wśród nich przede wszystkim lockdown i testowanie. Testowanie wykonywane jest sprawnie, efektywnie, zatem po kilku dniach wiadomo jaka jest sytuacja, jeśli nie ma kolejnych przypadków, wszystko wraca do normy, tej nowej „pandemicznej” normy.

PAP: Podobnie jest w Nowej Zelandii.

L.Ś.: Tak, obowiązują tam te same zasady co w Azji i jest niewielka liczba zakażeń. Trzeba jednak przyznać, że skutkuje to narastająca frustracją mieszkańców. Ta dotyka dziś chyba niemal wszystkich ludzi na świecie. (PAP) Rozmawiał: Zbigniew Wojtasiński (PAP)

ZOBACZ TAKŻE:

Jak pandemia zmieniła także polszczyznę. Także na wesoło

Fot. ma charakter poglądowy. Źródło PAP – Nauka w Polsce.

WieleLiter.pl